„Gruba to zrobi…”

Doskonale pamiętam dwa zdania, które usłyszałam w (wtedy jeszcze nowej) pracy.
Szczupli i piękni mają w życiu łatwiej- wiadomo. Ale publiczne upokorzenie ze strony ojca szefa firmy, było ciosem poniżej pasa.

Wyobraźcie sobie- idę do nowej pracy z duszą na ramieniu. Nie wiem czy sobie poradzię, bo nie mam żadnego doświadczenia w danym zawodzie, a jedynie pasję i chęci, więc daję z siebie 1000%. Jedna z pierwszych sobót w pracy, czekam aż zwolni się mop, żeby umyć podłogę i iść do domu, stoję tyłem do wejścia i nagle słyszę:
„A ta chuda inaczej co tu jeszcze robi? Niech idzie do domu zamiast tarasować przejście.”
Udałam, że nie słyszę. Mimo to zabolało.

Jakiś czas później, nie pamiętam czy było to kilka tygodni, czy miesiąc z kawałkiem wywiązała się między mną a jednym z pracowników rozmowa na temat dwóch osób z mojego działu. Oczywiście- moi dwaj współpracownicy już skończyli pracę, a ja musiałam zostać, żeby dokończyć parę rzeczy. No ok. Ale gdy zobaczyłam, że zostawili regał z blachami, żebym je poprzekładała, zapytałam owego pracownika, który jeszcze był na zmianie, czemu oni tego nie zrobili. W odpowiedzi usłyszałam, że „gruba to zrobi”.
Wtedy coś we mnie pękło, postanowiłam że nie pozwolę innym się mną wysługiwać i mnie poniżać, a oni… cóż, następnego dnia rano zbierali blachy z podłogi, bo regał był potrzebny ;)

I mimo, że obie sytuacje miały miejsce dobre dwa lata temu, pamiętam je jakby to było wczoraj. Bolało, ale wiecie co? Ja się zmieniam. Gubię kilogramy i centymetry, ale jestem tym samym człowiekiem jakim byłam kilkanaście kilogramów temu. Czasem wrednym, sarkastycznym, ale w gruncie rzeczy dobrym (mam nadzieję). Natomiast ktoś, kto mimo tego że wygląda jak siódmy cud świata, jest sfrustrowanym, małym, plującym jadem i nienawiścią człowieczkiem, nigdy nie będzie szczęśliwy. Wierzę, że karma wraca.

Pisanie w środku nocy nigdy nie było moją mocną stroną, mam nadzieję, że te moje przydługie wypociny mają choć trochę sensu.
Zbliża się pół do drugiej w nocy. Dobranoc? :)

Przymusowa, dwudniowa (prawie)głodówka

W piątek mój ząb postanowił sobie ze mną pogadać. I tak marudził, marudził… Nie dawał żyć. Ani spać. Ani jeść. Niestety dentyści nie lubią pracować w piątkowe wieczory, ani w weekendy, więc do poniedziałku musiałam się z nim męczyć. Poza  lekami przeciwbólowymi prawie nic nie jadłam (natomiast tabletki pochłaniałam w w ilościach wręcz nieprzyzwoitych, mimo że nie pomagały- nadzieja matką głupich, co nie?).

Wyobraźcie sobie moją ulgę, kiedy w poniedziałek poszłam do dentysty, niemal od ręki dostałam znieczulenie i… przeszło jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki! Nie, nie przestało boleć, po prostu nie czułam już tego zębucha-wstręciucha i… zasnęłam. Tak, usnęłam w fotelu dentystycznym. Gdy obudziłam się i dotarło do mnie gdzie się znajduję, a na dodatek ślinię się jak bernardyn (przez znieczulenie nie czułam połowy twarzy), zaczęłam się śmiać jak wariatka :DPo zakończonej akcji „ząb” spróbowałam wstać i… odpłynęłam. Do tej pory nie wiem co było tego przyczyną (obstawiam brak snu i jedzenia), ale dam sobie głowę uciąć że załoga gabinetu dobrze mnie zapamięta- tym bardziej, że jutro znowu wybieram się do nich w odwiedziny. Jak myślicie, co tym razem wywinę? :D

 

A jeśli chodzi o dietę- jest dobrze! :D W niedzielę waga pokazała 120,2 kg, czyli nieprzerwanie do przodu. Polecam Wam moje ostatnie odkrycie, sok z tego co miałam akurat pod ręką.

Orzeźwiający sok mandarynkowo-gruszkowy:

  • 3 gruszki
  • 4 mandarynki
  • pół limonki
  • 10 listków świeżej mięty

Owoce obieramy, wrzucamy do wyciskarki do owoców w kolejności: mięta, mandarynki, gruszki, limonka. Najlepiej wypić od razu, ale śmiało można przygotować wieczorem i rano zabrać np. do pracy. Ja tak robię, bo lubię rano wypić soczek, a istnieje duża szansa, że gdybym zaczęła przed 5 rano hałasować wyciskarką, po powrocie z pracy zastałabym drzwi do domu z wymienionymi zamkami ;)

Buziaczki Robaczki! :)

To był maj, pachniała Saska Kępa… i szparagi!

Maj, piękny maj. I moje ukochane szparagi- z wody, albo parowaru, bez masła, serów, sosów, itp. Jakikolwiek dodatek psuje ich smak- szczególnie tych zielonych!

Właśnie dzisiaj przyjechały do mnie świeżutkie, piękne szparagi z hodowli w Nowym Miasteczku. Skromne 7 kg- 5 kg białych i 2 kg zielonych. Obiad na jutro gotowy- pół grillowanej piersi z kurczaka i zielone szparagi- bez limitów! Ok, skłamałam- reszta rodziny kocha szparagi miłością równie bezwarunkową, a szaparagoobłęd w ich oczach sugerował, że jeśli życie mi miłe- muszę się z nimi podzielić :D

A wiecie za co jeszcze bardziej kocham szparagi? W 100g mają ledwo 20 kcali! Cud, miód, orzeszki. Jutro zrobię sok ze szparagów i truskawek- oby był dobry! :)

W Lidlu pojawiła się dzisiaj Chia, o której pisałam w poprzednim poście w cenie 7,99 zł/250 g. Teoretycznie można kupić taniej w sklepach internetowych, ale… No właśnie- Sante jest znane z produkcji zdrowej żywności- otręby, kasze, zarodki pszenne, itp., itd. Jeśli mam do wyboru produkt sprawdzonej firmy, albo marki „MARKA”, wybiorę to pierwsze. Oczywiście koszt przesyłki zaczyna się od 20 zł, a listonosz najczęściej zapomina że na mojej ulicy też są jakieś domy i zostawia awizo- szkoda tylko, że 3 dni później niż powinien. Tak więc 20 opakowań ziarenek zagościło dzisiaj w moim domu, na jakiś czas starczy :)

Dobrej nocy moi duchowi „wspieracze”! :)

Jestem. Po co?

137,8 kg. Tyle pokazała waga, gdy stanęłam na niej po raz pierwszy od miesięcy. Tego dnia zaczęłam bać się o swoje życie. A przynajmniej zdrowie. Chyba po raz pierwszy od wielu lat spojrzałam w lustro i zadałam sobie pytanie „Co się z tobą stało? Jak do tego dopuściłaś?”. Rozpłakałam się, a potem wzięłam w garść. I za siebie. To  było dokładnie miesiąc temu.

Dzisiaj rano pokazała 123,9 kg. To dopiero początek drogi, ale mam dla kogo walczyć. Dla siebie. I przeciwko sobie- swoim nawykom, słabościom.

Każda zmiana zaczyna się w głowie. A w moim wypadku – istna rewolucja!Nie liczę obsesyjnie kalorii, nie notuję każdego zjedzonego kęsa, nie ćwiczę do granic wytrzymałości, ani nie odmawiam sobie wszystkich przyjemności.

Chodzę na basen- bo lubię pływać. Ćwiczę z hula i z poikami, bo sezon ogniowy wkrótce się zacznie. Do pracy dalej jeżdżę samochodem, słodzę kawę i zjadam kawałek ciasta jak mam ochotę. Ale tylko jeden, bez śmietany, kremów, za to z owocami. Zamiast napojów- woda, a co rano szklanka chia fresca. W sklepach zaczęłam spędzać 2 razy więcej czasu niż do tej pory. Powód? Nie kupuję na „pałę”. Sprawdzam skład i kaloryczność każdego produktu, szukam konkretnych składników.

I co najważniejsze- nie korzystam z gotowych diet. Nie umiem jeść jak królik, muszę jeść smacznie. Dlatego jedzenie do pracy przygotowuję sobie dzień wcześniej, bo uwierzcie- przygotować trzy smaczne i zdrowe posiłki może jest łatwo, ale na pewno zajmuje to trochę czasu. Na pewno więcej niż chciałabym na to poświęcać o 5 rano :) Ostatnim posiłkiem każdego dnia jest sok lub koktajl owocowy – oczywiście świeżo wyciskany, bez dodatku cukru i innych świństw. Testuję coraz dziwniejsze (i smaczniejsze) połączenia i będę się nimi z Wami dzielić. Zdrowia nigdy dość! :)

A dzisiaj łapcie przepis na chia fresca:

  • szklanka wody (ciepłej lub zimnej- nie ma znaczenia)
  • łyżeczka soku z limonki
  • łyżeczka syropu klonowego/miodu
  • łyżka nasion chia

Do szklanki wsypujemy nasiona, wlewamy sok z limonki oraz syrop klonowy, zalewamy wodą, mieszamy i odstawiamy na ok. 5 minut. Wypijamy razem z ziarenkami :) Ja przygotowuję sobie ten napój przed wyjściem do pracy, a wypijam już w pracy. Nasionka fajnie napęcznieją, a i miło mieć króciutką, nieformalną przerwę już z samego rana ;)  Chia zaliczane są do tzw. superfoods, warto o nich poczytać i skorzystać z ich super mocy.

Pora na trening z hula! Żebyście tylko widzieli miny moich sąsiadów, gdy zaczynam kręcić na ulicy przed domem… :)